Pierwszy taki plener!
Atakujemy Londyn już w listopadzie.
Pozostały tylko 3 wolne miejsca, które musimy zapełnić w 48 godzin, aby móc kupić bilety.
Nie zwlekaj z decyzją.
Cena pleneru to:
- 450 zł dla osób spoza klubu + 35 funtów
- 225 zł dla klubowiczów + 35 funtów
W cenie:
- przelot
- zakwaterowanie w hostelu w pokojach 4 osobowych
- dojazd na i z lotniska
Piszcie na mojego maila: fotografia.m@gmail.com
●●● Prędkość naszego życia zależy od zdolności w posługiwaniu się myszką
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotocruising. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotocruising. Pokaż wszystkie posty
20 sierpnia 2013
1 października 2012
Canary Wharf
Wypocił:
~M
labels:
Canary Wharf,
fotocruising,
Londyn,
Wielka Brytania,
zdjęcia
23 września 2012
Zimowa letniość Londynu
Wypocił:
~M
labels:
fotocruising,
fotoreportaż,
Londyn,
podróż,
reportaż,
Trafalgar Square,
Wielka Brytania
Specyfiką wyspiarstwa jest zupełnie inny klimat. Piękne słońce przebijające się ze standardowej chmurzastej czapki od czasu do czasu ocieplało klimat do zawrotnych kilkunastu stopni. Stąd czasami zdjęcia kojarzą się bardziej z wakacyjną labą niż styczniowymi obowiązkami.
Covent Garden
Trafalgar Square

Pozwoliłem sobie pominąć co bardziej standardowe ujęcia Trafalgar Square.
Pozwoliłem sobie pominąć co bardziej standardowe ujęcia Trafalgar Square.
13 czerwca 2012
193 steps
Wypocił:
~M
labels:
fotocruising,
fotoreportaż,
Londyn,
metro,
podróż,
Wielka Brytania,
zdjęcia
31 lipca 2011
Powroty do Splitu
Wypocił:
~M
labels:
Chorwacja,
fotocruising,
fotoreportaż,
podróż,
Split,
zdjęcia
Tegoroczny powrót do Chorwacji przyniósł ze sobą dwie wizyty w Splicie - nietypowym jak na Chorwację mieście. Dlaczego nietypowym? Bo łączy ze sobą klasyczny wygląd miejscowości chorwackiego wybrzeża i nowoczesność współczesnych europejskich metropolii. Tak, europejskich, nie bójmy się użyć tego słowa, bo chociaż Chorwacja jeszcze do Unii Europejskiej nie należy to gospodarczo rozwija się szybciej niż będąca już we wspólnocie Słowenia. Wystarczy zerknąć na statystyki Banku Światowego dla Chorwacji i Słowenii. Mimo że PKB per capita Słowenia ma większe, to jednak wzrost Chorwacji jest wyraźnie szybszy. Dzieje się tak za sprawą turystyki, która w tej chwili zapewnia Chorwacji około 1/3 przychodu. Widać to na każdym kroku w olbrzymich inwestycjach, które są czynione w tym kraju a przy każdym powrocie w zmianach upodabniających Chorwację do typowych krajów europejskich.
Split jest drugim co do wielkości miastem Chorwacji. Stąd moje określenie go jako metropolii, chociaż patrząc na liczbę ludności, która wynosi około 300 tysięcy na to miano nie zasługuje. Split jednak jest ważnym miastem na Chorwackiej mapie turystycznej. To właśnie tutaj znajduje się pałac, pochodzącego z Dalmacji, rzymskiego cesarza Dioklecjana. CbN pisał o tym już wcześniej.
Pora na kolejną porcję zdjęć.

Podziemia Pałacu Dioklecjana. Dzisiaj obstawione przez stragany.

Bardzo ciekawa restauracyjka. Goście mogą usiąść sobie na historycznych schodach, za stolik służy im natomiast prosta deseczka.

Mauzoleum Dioklecjana. Dzisiaj Katedra Św. Duji.

Kawowy relaks. Przepyszna kawa i jeszcze lepsza czekolada firmy Eraclea (niestety chyba niedostępna nigdzie poza Chorwacją.


Jeden z najstarszych i najmniejszych kościołów wczesnochrześcijańskich.

Zapuszczając się kawałek w bok, w mało uczęszczane uliczki, nawet w Splicie można znaleźć zaniedbane ruiny w samym centrum starego miasta. Dla ciekawskich zdjęcie ma dokładnego geotaga.

Być Chorwatem to znaczy mieć możliwość na co dzień mieszkać w otoczeniu historii. (Fragment starego miasta na terenie byłego Pałacu Dioklecjana (UNESCO)).



Widok na port.
Pięknym zachodem słońca żegnał nas Split w czasie naszej drugiej tegorocznej wizyty. Oczywiście tuż przy kawiarenkach serwujących wyśmienitą kawę i gorącą czekoladę.


Split jest drugim co do wielkości miastem Chorwacji. Stąd moje określenie go jako metropolii, chociaż patrząc na liczbę ludności, która wynosi około 300 tysięcy na to miano nie zasługuje. Split jednak jest ważnym miastem na Chorwackiej mapie turystycznej. To właśnie tutaj znajduje się pałac, pochodzącego z Dalmacji, rzymskiego cesarza Dioklecjana. CbN pisał o tym już wcześniej.
Pora na kolejną porcję zdjęć.
Podziemia Pałacu Dioklecjana. Dzisiaj obstawione przez stragany.
Bardzo ciekawa restauracyjka. Goście mogą usiąść sobie na historycznych schodach, za stolik służy im natomiast prosta deseczka.
Mauzoleum Dioklecjana. Dzisiaj Katedra Św. Duji.
Kawowy relaks. Przepyszna kawa i jeszcze lepsza czekolada firmy Eraclea (niestety chyba niedostępna nigdzie poza Chorwacją.
Jeden z najstarszych i najmniejszych kościołów wczesnochrześcijańskich.
Zapuszczając się kawałek w bok, w mało uczęszczane uliczki, nawet w Splicie można znaleźć zaniedbane ruiny w samym centrum starego miasta. Dla ciekawskich zdjęcie ma dokładnego geotaga.
Być Chorwatem to znaczy mieć możliwość na co dzień mieszkać w otoczeniu historii. (Fragment starego miasta na terenie byłego Pałacu Dioklecjana (UNESCO)).
Widok na port.
Pięknym zachodem słońca żegnał nas Split w czasie naszej drugiej tegorocznej wizyty. Oczywiście tuż przy kawiarenkach serwujących wyśmienitą kawę i gorącą czekoladę.
15 stycznia 2011
E 65
Wypocił:
~M
labels:
Bośnia i Hercegowina,
E65,
fotocruising,
zdjęcia
Trasa europejska E65 łączy szwedzkie Malmö z grecką miejscowością Chania. Jej łączna długość to 3950 km z czego w wakacje udało nam się przejechać około 1300 km. Jedno z piękniejszych miejsc znaleźliśmy na pograniczu bośniacko-chorwackim między miejscowościami Vieliki Prolog i Mali Prolog.
Ciekawostką jest fakt, że chociaż droga należy do Chorwacji to przez niecałe 5 km jedzie się nią po terytorium Bośni i Hercegowiny. Zbocze jest tak strome, że sam fakt jest raczej symboliczny.
Dokładna lokalizacja jest tutaj.
Zdjęcia zrobione 6 lipca, około godziny 5.00 rano, tuż po wschodzie słońca.



Ciekawostką jest fakt, że chociaż droga należy do Chorwacji to przez niecałe 5 km jedzie się nią po terytorium Bośni i Hercegowiny. Zbocze jest tak strome, że sam fakt jest raczej symboliczny.
Dokładna lokalizacja jest tutaj.
Zdjęcia zrobione 6 lipca, około godziny 5.00 rano, tuż po wschodzie słońca.
19 lipca 2010
Aleja Snajperów
Wypocił:
~M
labels:
Bośnia i Hercegowina,
fotocruising,
fotoreportaż,
podróż,
reportaż,
Sarajewo,
zdjęcia
Aleja Snajperów, chyba najbardziej znana ulica w Sarajewie. W rzeczywistości jest też główną ulicą miasta, która spina dzielnicę przemysłową i wiedzie wjeżdżających od zachodu aż do starego miasta. Tędy mieszkańcy w czasie ostatniego konfliktu zbrojnego podążali do jedynego źródła wody w mieście. Ulokowani w wysokich wieżowcach snajperzy w latach 1992-1995 zabili 225 osób w tym 60 dzieci. Nie wybierali, strzelali do wszystkich.
Cywile czasami liczyli na szczęście i próbowali szybko przebiec na drugą stronę. Co ostrożniejsi korzystali z poruszających się tą drogą pojazdów pancernych sił ONZ.
Dzisiaj w wielu miejscach Sarajewa widać oznaki ostatniego konfliktu. Wieżowce do dzisiaj noszą ślady kul po pociskach a miejscami widać "zalepione" cegłami dziury po pociskach większego kalibru. To zapewne tam ukrywały się mordercze lufy snajperów.
Dzisiejsza Aleja Snajperów powitała nas upałem, sporym ruchem oraz mieszanką starych budynków noszących liczne piętna wojny z nowoczesnymi przeszklonymi konstrukcjami. Tędy wjeżdża się do miasta, podąża w stronę centrum i dla kogoś nieświadomego historii Sarajewa może wręcz absurdalne wydawać się to, że było to swego czasu najniebezpieczniejsze miejsce w całym mieście.


Cywile czasami liczyli na szczęście i próbowali szybko przebiec na drugą stronę. Co ostrożniejsi korzystali z poruszających się tą drogą pojazdów pancernych sił ONZ.
Dzisiaj w wielu miejscach Sarajewa widać oznaki ostatniego konfliktu. Wieżowce do dzisiaj noszą ślady kul po pociskach a miejscami widać "zalepione" cegłami dziury po pociskach większego kalibru. To zapewne tam ukrywały się mordercze lufy snajperów.
Dzisiejsza Aleja Snajperów powitała nas upałem, sporym ruchem oraz mieszanką starych budynków noszących liczne piętna wojny z nowoczesnymi przeszklonymi konstrukcjami. Tędy wjeżdża się do miasta, podąża w stronę centrum i dla kogoś nieświadomego historii Sarajewa może wręcz absurdalne wydawać się to, że było to swego czasu najniebezpieczniejsze miejsce w całym mieście.
29 czerwca 2010
Wyspać się, czy zapolować? Czyli wypad na stronę niemiecką
Wypocił:
Rzabcio
labels:
fotocruising,
Frankfurt,
zdjęcia
Niedziela, godzina szósta rano. Gdy "wycieczka zakładowa" z całych sił odsypia nocne odreagowywanie branżowego stresu, widok z okna pokoju w słubickim hotelu, budzące się słońce, oraz obiektyw wyglądający z podróżnej torby budzą w człowieku duszę CBNowca.

Szybkie zerknięcie na mapę Google ("hej, to jednak nie jest tak daleko!") oraz błyskawiczna analiza sytuacji przypominająca, że istnieje szansa by się załapać na podwózkę na drugi brzeg Odry widoczny za szybą i decyzja zostaje podjęta... Niecałą godzinę później: "Witaj, Frankfurcie nad Odrą!"
Zza Odry Frankfurt wydaje się sporym miastem. Po dojechaniu na miejsce człowiek zaczyna w to wątpić - pusto, cicho, a i same zabudowania wyglądają raczej małomiasteczkowo. Przeczą temu tory tramwajowe, które sugerują mimo wszystko, że do najmniejszych miasto nie należy.

Podobnie z ruchem ulicznym, który w niedzielę po godzinie siódmej rano jest znikomy. Po ulicach krzątają się pojedyncze osoby, spora część z nich to właściciele psów, których pęcherze jak wiadomo nie rozróżniają dni tygodnia.

Pusto jest zapewne także dlatego, że Frankfurt jest miastem wymierającym. Krótko po zjednoczeniu Niemiec pupulacja miasta wynosiła ponad 87 tysięcy. W roku 2008 liczba ta ledwo przekraczała 61 tysięcy. Rzecz oczywista trudno dojrzeć w ścisłym centrum opuszczone budynki mieszkalne. Nietrudno jednak znaleźć coś takiego.

Na wielu samochodach widać niemieckie flagi, jak na modelu zaprezentowanym powyżej. Chwilę docierało do świadomości o co właściwie chodzi - Mundial.
Co chwila napotyka się polskie napisy. Część zachęca do zamieszkania we Frankfurcie, inne mówią o nadchodzących imprezach.

Pomiędzy nowoczesnymi budynkami...


... poukrywana jest niemała liczba zabytków, które całkiem ciekawie się zachowują. Otóż wyskakują na turystę z zaskoczenia. Wychylają się zza kloca marketu Kaufland, odbijają się ukradkiem w wystawowych sklepach, by zaatakować swoim nieruchomym dostojeństwem zaraz, gdy tylko człowiek wychynie zza rogu. I tak mamy tutaj:
- Kościół Świętego Krzyża (Heilig-Kreuz-Kirche)



- budynek poczty głównej

- zabudowania Europejskiego Uniwersytetu Viadrina założonego w 1991 roku
- ratusz

- Kościół Mariacki (St. Marien Kirche)

Na ostatnim zdjęciu widać Oderturm. Budynek ten, wybudowany w latach 70-tych XX-go wieku posiada 24 piętra i góruje nad całym miastem, dzięki czemu jest doskonałym, choć nieco brzydkim punktem orientacyjnym.


Ze starówki jakby bezwiednie nogi niosą nad Odrę. Być może dzięki takiemu oto pasażowi...

... w którym to spotykamy znajomą twarz. :)

Nad samą rzeką wędruje się zadbaną promenadą. Niby jesteśmy już w Unii Europejskiej, jednakże oczy bezwiednie uciekają na widok rozciągający się za wodą, na polskie Słubice. Tam jednak znajdziemy się za chwilę...


Na astronomie spotkanym w parku nie kończą się wrażenia deja vu. Znajdujemy bowiem frankfurterski odpowiednik Pyra Baru! ;)

Promedaną dochodzimy do mostu, który przecina nie tylko rzekę, lecz także granicę między Polską a Niemcami.

Przyciąga uwagę konstrukcja dobudowana do niemieckiej części mostu i częściowo zwisająca nad lustrem wody. Są to budynki dawnego przejścia granicznego - teraz nieużywane, zapomniane.


I tak docieramy do Słubic. Miasta, które kiedyś było częścią Frankfurtu, a które zostało od niego odłączone w roku 1945. Na jednej ze średniowiecznych map wystawionej przy Uniwesytecie Viadrina widoczne były obwarowania chroniące mostu od wchodniej strony. Niestety dzisiaj nie udaje się wypatrzeć żadnego ich zarysu.
Jeszcze jedno spojrzenie z mostu na Frankfurt...

W Słubicach ponownie napotyka się znajomy element. ;)

Droga powrotna do hotelu, który de facto znajduje się poza miastem prowadzi taką oto promenadą biegnącą po wale przeciwpowodziowym.


I już nie ma wątpliwości co następnym razem odpowiedzieć na tytułowe pytanie. :)

Szybkie zerknięcie na mapę Google ("hej, to jednak nie jest tak daleko!") oraz błyskawiczna analiza sytuacji przypominająca, że istnieje szansa by się załapać na podwózkę na drugi brzeg Odry widoczny za szybą i decyzja zostaje podjęta... Niecałą godzinę później: "Witaj, Frankfurcie nad Odrą!"
Zza Odry Frankfurt wydaje się sporym miastem. Po dojechaniu na miejsce człowiek zaczyna w to wątpić - pusto, cicho, a i same zabudowania wyglądają raczej małomiasteczkowo. Przeczą temu tory tramwajowe, które sugerują mimo wszystko, że do najmniejszych miasto nie należy.

Podobnie z ruchem ulicznym, który w niedzielę po godzinie siódmej rano jest znikomy. Po ulicach krzątają się pojedyncze osoby, spora część z nich to właściciele psów, których pęcherze jak wiadomo nie rozróżniają dni tygodnia.

Pusto jest zapewne także dlatego, że Frankfurt jest miastem wymierającym. Krótko po zjednoczeniu Niemiec pupulacja miasta wynosiła ponad 87 tysięcy. W roku 2008 liczba ta ledwo przekraczała 61 tysięcy. Rzecz oczywista trudno dojrzeć w ścisłym centrum opuszczone budynki mieszkalne. Nietrudno jednak znaleźć coś takiego.

Na wielu samochodach widać niemieckie flagi, jak na modelu zaprezentowanym powyżej. Chwilę docierało do świadomości o co właściwie chodzi - Mundial.
Co chwila napotyka się polskie napisy. Część zachęca do zamieszkania we Frankfurcie, inne mówią o nadchodzących imprezach.

Pomiędzy nowoczesnymi budynkami...


... poukrywana jest niemała liczba zabytków, które całkiem ciekawie się zachowują. Otóż wyskakują na turystę z zaskoczenia. Wychylają się zza kloca marketu Kaufland, odbijają się ukradkiem w wystawowych sklepach, by zaatakować swoim nieruchomym dostojeństwem zaraz, gdy tylko człowiek wychynie zza rogu. I tak mamy tutaj:
- Kościół Świętego Krzyża (Heilig-Kreuz-Kirche)



- budynek poczty głównej

- zabudowania Europejskiego Uniwersytetu Viadrina założonego w 1991 roku
- ratusz
- Kościół Mariacki (St. Marien Kirche)

Na ostatnim zdjęciu widać Oderturm. Budynek ten, wybudowany w latach 70-tych XX-go wieku posiada 24 piętra i góruje nad całym miastem, dzięki czemu jest doskonałym, choć nieco brzydkim punktem orientacyjnym.


Ze starówki jakby bezwiednie nogi niosą nad Odrę. Być może dzięki takiemu oto pasażowi...

... w którym to spotykamy znajomą twarz. :)

Nad samą rzeką wędruje się zadbaną promenadą. Niby jesteśmy już w Unii Europejskiej, jednakże oczy bezwiednie uciekają na widok rozciągający się za wodą, na polskie Słubice. Tam jednak znajdziemy się za chwilę...


Na astronomie spotkanym w parku nie kończą się wrażenia deja vu. Znajdujemy bowiem frankfurterski odpowiednik Pyra Baru! ;)

Promedaną dochodzimy do mostu, który przecina nie tylko rzekę, lecz także granicę między Polską a Niemcami.

Przyciąga uwagę konstrukcja dobudowana do niemieckiej części mostu i częściowo zwisająca nad lustrem wody. Są to budynki dawnego przejścia granicznego - teraz nieużywane, zapomniane.


I tak docieramy do Słubic. Miasta, które kiedyś było częścią Frankfurtu, a które zostało od niego odłączone w roku 1945. Na jednej ze średniowiecznych map wystawionej przy Uniwesytecie Viadrina widoczne były obwarowania chroniące mostu od wchodniej strony. Niestety dzisiaj nie udaje się wypatrzeć żadnego ich zarysu.
Jeszcze jedno spojrzenie z mostu na Frankfurt...

W Słubicach ponownie napotyka się znajomy element. ;)

Droga powrotna do hotelu, który de facto znajduje się poza miastem prowadzi taką oto promenadą biegnącą po wale przeciwpowodziowym.


I już nie ma wątpliwości co następnym razem odpowiedzieć na tytułowe pytanie. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
