●●● Prędkość naszego życia zależy od zdolności w posługiwaniu się myszką

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

6 października 2010

Zrób błąd

Dzisiaj wiele mówi się o błędach ortograficznych. A to, że społeczeństwo staje się coraz bardziej analfabetyczne, a to, że dzieci coraz częściej cierpią na dysleksję, czy dysortografię. Dzisiaj robienie błędów nie jest już nawet powodem do wstydu, po prostu ludzie wychodzą z założenia, że trzeba odpowiednio wcześniej się do tego przyznać a nikt nie dość, że się nie będzie dziwił, to jeszcze nie będzie próbował zwrócić uwagi.

Odkryłem za to dzisiaj istnienie wyrazu, w którym chyba nawet skrajny dysfunkcjonalista językowy nie jest w stanie zrobić błędu. Tym wyrazem jest: skarżypyta. Nie wierzycie? To spróbujcie napisać go z błędem. Czy ktoś ma jeszcze jakieś pomysły na wyrazy, w których nie można "strzelić orta"?

7 czerwca 2010

Rodzynki na jubileuszowym torcie

Trochę wspomnień, czyli krytycznie o zeszłorocznym 55-leciu Lubonia.


Organizacja uroczystości to wyzwanie wymagające nie tylko zmysłu taktycznego, ale też cierpliwości i pewnego rodzaju doskonałości. Nie chodzi bynajmniej tutaj o perwersyjny perfekcjonizm, ale na pewno o ten z pogranicza fanatyzmu. Każdy niuans uroczystości, który nie dopina się pod samą szyję, na przysłowiowy ostatni guzik będzie uwierał. Uwierał tym bardziej, im większy człowiek ma dystans do owego wydarzenia. Ja jako człowiek napływowy, przybysz z prowincji, z pogranicza Wielkopolski zdecydowanie mam dystans. Możliwe, że czasami zbyt duży, bo mieści w sobie sporą dozę sarkazmu.
Nie da się jednak inaczej ująć tego co zburzyło obraz idealnej rzeczywistości, która chyba jest założeniem kreacyjnym organizatorów wszelakich imprez masowych i mniej masowych. Napisanie artykułu, który ukazał się w poprzednim numerze Wieści Lubońskich to była niewątpliwa przyjemność, jednak niesforne palce chcą napisać więcej. Siódmego października, przez całe środowe popołudnie moje szare komórki rejestrowały stale narastający dysonans poznawczy. Impulsem była wypowiedź księdza proboszcza, który zasugerował, że 55 tegorocznych imprez jest czasem łaski, od Pana Boga, aby mieszkańcy mogli z tego czasu korzystać. Nie spodziewałem się, że Rada Miasta ma tak dobre układy z Górą. Rozumiem, że zaproszenie też zostało wysłane do administracji Nieba? Wydawać by się mogło, że łaska Pana Boga spłynęła na mieszkańców w olbrzymiej ilości, szczególnie na poczty sztandarowe nadzorowane przez dzieci i młodzież. Domyślny i inteligentny człowiek szybko dojdzie do takiego wniosku widząc kolejną zmianę warty w czasie godzinnej mszy. Wartownicy wynosili łaskę z kościoła, gdyż po oddaniu warty następcom udawali się po cichu za drzwi świątyni odprowadzani przez opiekunów. Przed kościołem zorganizowano punkt pierwszej pomocy medycznej dla dzieci i młodzieży, która obarczona ciężarem sztandaru i wspomagana duchotą kościoła była łatwym celem dla braci mroczków ocznych. Całe szczęście, że nikt nie zemdlał. Trudno jest zrozumieć zasadność wykorzystywania dzieci do ozdoby uroczystości w miejscach, które nie są dostosowane do tego, aby organizm takiego młodego człowieka mógł ową imprezę przetrwać w nienaruszonym stanie.
Czasy współczesne wprowadzają dodatkową zmienną do praktycznie każdej mszy świętej. Obok kościelnych organ pojawiają się coraz częściej inne instrumenty, najczęściej markowane przez firmę nokia. Ich brzęczące, piskliwe tony świetnie nadają wzniosłości każdej uroczystości. Tak przynajmniej myślą niektórzy uczestnicy wkładając włączony telefon do kieszeni i wyłączając go dopiero, gdy wyda z siebie przeraźliwe piski. Uwielbieniem należy natomiast otoczyć siedzącego na końcu kościoła starszego Pana, który do żony rzekł komentując nokiowego piskacza – Śmiechu warte. - To była słuszna puenta.
Może telefon miał zastąpić uroczystą oprawę mszy? Oprawę, w postaci choćby chóru. Takie głosy dało się słyszeć po mszy pośród chórzystów biorących udział w uroczystej sesji rady miasta, którzy stojąc przed budynkiem Gimnazjum nr 2 żalili się, że nikt ich na mszę nie zaprosił. Nic dziwnego, skoro zaproszono nawet przedstawicielkę telefonii komórkowej?
Uff. Krzesła przed kościołem uprzątnięto, poczty wyprowadzono, nikt nie zemdlał, więc nadeszła pora na kolejny punkt programu. Uroczyste złożenie kwiatów pod pomnikiem mającym kilka zabawnych nazw. Wypisane na piedestale pomnika Znicza Pamięci i Pokoju daty raczej nie symbolizują wydarzeń stricte pokojowych. Bo jakie wydarzenie miało miejsce w 1939 roku? Chyba, że uznać za nie podpisanie paktu o nieagresji między III Rzeszą a ZSRR? Przyjezdny i obdarzony wyjątkową ignorancją człowiek, który podobnie jak 54% mieszkańców Lubonia nie ma pojęcia, ile lat temu miasto powstało, może przypuszczać, że to daty ważne dla Miasta? Nie? No to ja nie mam pojęcia, jaki jest sens składania wiązanek pod pomnikiem tak uniwersalnym jak ów znicz, przez osoby, których personaliów nie można ustalić będąc biernym obserwatorem wydarzenia, nawet wtedy, gdy mieszka się tutaj od kilkunastu lat. Rozglądając się z nudów po placu wzrok jednak miał szansę przykuć artystyczny samochód Straży Miejskiej. Artyzm strażników polegał na pięknym malunku piaskowym na karoserii pojazdu, wyglądającego niczym rasowa terenówka. Narzekania jednak są nie na miejscu, przecież strażnicy pracują, więc nie jest istotne, czy to dzień powszedni, czy uroczystość nadania praw miejskich. Samochód ma pracować nie musi być czysty. No i samochód nie jest centralnym elementem uroczystości, w przeciwieństwie do uroczystej sesji i pokazanej na niej prezentacji multimedialnej. Wiele miesięcy pracy, wiele rąk ludzkich dało o sobie znać w myśl przysłowia: „gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”. Brak pysznego kąska, albo może jeszcze lepszy w smaku zakalec ujawnił się sam. Merytoryczny błąd dotyczący liczby gmin ościennych Poznania, oraz fakt, że pod częścią zdjęć widniał podpis ich autora to rodzynki na jubileuszowym torcie niedoróbek.
Całe szczęście, że mniej więcej połowa miejsc w sali była pusta to i wstyd mniejszy. No i mniej chętnych na jubileuszowy tort i catering. Może i dobrze, bo gdy ogłoszono, że w sąsiadującej hali widowiskowo-sportowej rozpoczyna się spektakl, nie dało się zauważyć zainteresowania większego niż to, które wzbudziło jedzenie. Nic dziwnego, w końcu to głód wymaga zaspokojenia w pierwszej kolejności, co już dawno temu udowodnił pan Maslow.
Cudu natomiast dokonał burmistrz. Śmiem twierdzić, że posiada zdolność teleportowania się, gdyż w jednej chwili był jeszcze na uroczystej sesji rady a chwilę później witał już wszystkich zebranych w sali widowiskowo-sportowej.
Teatr Tańca nie akceptuje niedoróbek, i całe szczęście, bo pozwolił odetchnąć chwilę po wysiłku związanym z trawieniem „jubileuszowych rodzynek”. Szkoda tylko, że teatr gości tak rzadko, że nie nauczył publiczności aktywnego udziału w spektaklach i mimo usilnych prób nie udało się lubonian wciągnąć w aktywny udział w przedstawieniu. Mimo wciśnięcia w ręce kopert z napisem: „Użyj w odpowiednim momencie na znak Mistrza” mało kto wziął udział w licytacji prowadzonej przez Mistrza i praktycznie nikt nie skorzystał z zachęty do sprawdzenia ich zawartości. Znajdujące się wewnątrz serpentyny i konfetti, właśnie w tym momencie miały pofrunąć w powietrze tworząc jeden z wielu elementów zakończenia spektaklu.
Gwoli ścisłości. Uroczystości uważam za udane i doceniam wysiłek włożony w ich przygotowanie.

8 listopada 2009

Tajemnicza Mgła

Mgła rzadko wita do miasta. Głównie za sprawą podwyższonej temperatury, natloku budynków, poruszających się samochodów. Chyba. Może po prostu ze strachu? Czasami jednak robi wyjątek i wpływa między kamienice, wieżowce. Snuje się ulicami i dziwi, że żaden przechodzień nie zwraca na nią uwagi, że nikt nie interesuje się jej zachwycającym przecież białym płaszczem. A Mgła nie lubi być niezauważona. Gdy tak się dzieje zmienia się...

Ekipa CBN jednak potrafi dostrzec więcej. Poniżej efekt tego spotkania.


Pracownik dźwigu bezpośrednio spotyka się z tą osobistością jaką jest Mgła. Zawieszony na wysokości kilkudziesięciu metrów sfotografowany został z ostatniego piętra Wyższej Szkoły Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa.


Ludzie przechodząc obok nie zauważali, że w powietrzu snuła się Mgła.




 Często śpiesząc się z zakupami do domu, albo po prostu spacerując z dziećmi.


 Pojawiło się jednak na ulicy coś dziwnego. Czy to na pewno zwykły kierowca, czy może jakiś żołnierz tajnej organizacji mający za zadanie zbadanie i kontrolowanie Mgły?

 
Także podróżni przemieszczający się komunikacją miejską zdawali się nie dostrzegać niczego dziwnego.


 

Poza jedną osobą, która zobaczyła przynajmniej naszą ekipę. Może zanim dotrze do domu zauważy wiszącą w powietrzy Mgłę?

5 listopada 2009

Śnieg zaskoczył CBNowców

Stało się, po raz pierwszy w tym roku z nieba pofrunął biały puch. Puch a właściwie puszek. Nie zmienia to faktu, że skutecznie przykrył kawałek Dużego Miasta a jeszcze skuteczniej i prawie w całości moją Dzielnicę. No, pseduodzielnicę...
Tutaj pojawia się problem ustalenia pewnej nomenklatury na potrzeby bloga. Duże Miasto i Małe Miasto są już rozdzielone. Więc co ja mam pisać? Bękart?
Czekam na propozycje.

Jak widać już od rana służby porządkowe zabrały się do pracy.

Wiepofama na Jeżycach. Stary zakład jeszcze z poprzedniej rzeczywistości. Funkcjonuje do dzisiaj. Ciekawy przykład socjalistycznej architektury przemysłu lekkiego.

Dwa wieżowce, jeden już trochę się zestarzał, drugi nadaje Jeżycom nowoczesnego charakteru. W tym nowszym restauracja Omega, która od pierwszego kroku sprawia wrażenie eleganckiego miejsca biznesowych spotkań, jednak w smaku przypomina niedorobione żywienie studenckie z paczek. Bez użycia soli i pieprzu, ewentualnie bez silnego poczucia głodu nie odczuje się zadowolenia. Dalej za wieżowcami, poza granicą kadru Pasaż Jeżycki, w którym aktualnie mieści się biuro, gdzie pracuję. Niestety padła bateria.

27 maja 2009

Agricola w ogródku

Ostatnio tematów o grach planszowych pojawia się tutaj dwa razy więcej niż wszystkich pozostałych, aby nie pozostać bez wkładu w tą dziedzinę rozrywki postanowiłem, że tym razem postaram się o jakieś zdjęcia z ostatniej rozgrywki i napiszę parę słów ze swojego punktu widzenia.


Oczywiście zapomniałem zrobić zdjęć i mam tylko jedno z przygotowań, do tego nie bardzo jest o czym pisać, bo Agricola chociaż ciekawa na dzień dzisiejszy nie zrobiła na mnie dużego wrażenia. Za to wrażenie zrobiło coś innego.
O godzinie bliskiej północy, tuż przed drzwiami na klatkę schodową na chodniku przycupnęło sobie Coś. To Coś oblepione było istnym lasem igieł, siedziało sobie spokojnie na chodniku i postanowiło uciec dopiero, gdy zaczęliśmy się mu przyglądać. Coś zwie się pięknie Erinaceus europaeus a po naszemu zwany jest po prostu jeżem. No więc Pan Jeż, nie wiedzieć po co, przyszedł sobie tuż do naszego przyblokowego ogródka. Łypnął okiem i schował się w gęstwinie krzaków.
Dziwne? Po tym jak widziałem lisa przy jednej z głównych ulic centrum Dużego Miasta nic mnie już nie zdziwi.

16 kwietnia 2009

Zostać krwinką czerwoną

(gościnnie: rzabcio)

Mało kto potrafi to zrozumieć, ale szept asfaltu potrafi być wręcz kojący. Jak w utworze Yugoton i Kukiz tak i w tym przypadku miasto "szumem ulic woła mnie". Taka anegdota - znajomy, znajomego znajomka przeprowadził się z żoną lub dziewczyną (pamięć już nie ta) poza miasto. Niestety ona tego nie potrafiła znieść ciszy, brakowało odgłosów miasta - musieli wrócić. Coś w tym jest. Chyba miałbym podobnie.

Myśl o komunikacji w Dużym Mieście budzi wiele uczuć. Jednym razem jest to wspomniany zwykły zachwyt nad wszechobecnym dźwiękami miejskich dróg. Innym razem natomiast do głowy przychodzą pompatyczne stwierdzenia jak "arterie krwioobiegu metropolii". Niedawno dostąpiłem zaszczytu dołączenia do wielkomiejskiech grupy krwinek. Tak po prawdzie to nawet się przebrałem za krwinkę. Czerwoną. ;)

Pirwszy dzień - rewelacja. Światła niczym zastawki otwierają się gdy peleton erytrocytów zbliża się do skrzyżowania. Dotarcie do pracy zajmuje 15 zamiast 45 minut. Krwioobieg niczym u młodego sportmana.

Drugi dzień - już nie jest tak różowo. Czy może raczej czerwono. Metropolia widać zmęczyła się poprzednim biegiem. Poruszanie się przypomina raczej czkawkę. Co niektórzy kierowcy sinieją ze złości. Podobnie jak niedokrwiony sportsman wieczorem, kiedy to następuje zawał. Przejechanie kilometra zajmuje 30 minut.

Na szczęście jest muzyka, klimatyzacja i przyjemność z bycia krwinką. Dwa pierwsze elementy raczej nie znikną. Ale ostatni? Kto wie. Póki co jednak jest zabawnie. :)

Szerokiej drogi!

10 marca 2009

Trzy salony i trzy poziomy obsługi klienta

W związku z rosnącymi potrzebami dostępu do internetu postanowiłem wybrać się ostatnio na poszukiwania atrakcyjnych i atrakcyjniejszych ofert telefonii komórkowych po to, aby znaleźć tą najatrakcyjniejszą.
Moim typem był dostęp do internetu przy pomocy zgadżeciałego Diamonda. Dostęp zarówno z telefonu jak i komputera po podłączeniu do niego aparatu.
Nie mając nic do stracenia postanowiłem zajrzeć do wszystkich trzech operatorów komórkowych (wiem, wiem, jest więcej, ale ja tylko trzech uznaję). Swoją wędrówkę rozpocząłem od ulubionej Ery. Zastanawiając się nad wielkimi plakatami G1 miałem nadzieję pomacać to cudeńko w realu, jednak zawiodłem się, nie było nawet makiety. Może i dobrze, bo dobrze poinformowany pan sprzedawca uzmysłowił mi, że Era ma w swojej ofercie internet zapakowany w paczki po 500 MB, mało. Dobrze poinformowany to wcale nie ironia. Pan z Ery jako jedyny był w stanie szybko i sprawnie odpowiedzieć na moje wszystkie pytania.
W salonie Plusa z trudem ukrywałem radosny i prześmiewczo-ironiczny uśmiech, gdy pani sprzedawczyni z rozbrajającą szczerością zapytała mnie, czy może zadać mi kilka pytań, po czym wzięła do ręki Kartę Potrzeb Klienta. Żenujące podejście do klienta, i próba wpisania mnie w schemat sieci sprzedażowej spełzła na niczym, bo pani małą którą kratkę była w stanie zaznaczyć a połowę notatek zrobiła na marginesie. Na koniec chyba doszła do wniosku, że nie wpiszę się w ramy Karty Potrzeb Klienta, bo stwierdziła że nie potrafi mi odpowiedzieć na pytania i podała numer do Biura Obsługi Abonenta dopytując się uprzednio, czy mam "jakiś numer z którego mogę zadzwonić"
Z nadzieją wynikającą z dobrego jak w Erze doświadczenia skierowałem swe kroki do salonu Orange, gdzie powitała mnie przemiła starsza (sic!) pani. Pani usilnie starała się odpowiedzieć na moje wszystkie pytania, nawet, jeżeli ich nie rozumiała i na pytanie o telefon, który mogę podłączyć do komputera pokazała mi modem USB a gdy wreszcie zrozumiała o co mi chodzi zaczęła posiłkować się folderami reklamowymi przeznaczonymi dla klientów biznesowych. Tak dopieszczony uzbroiłem się w cierpliwość i nakierowując panią na odpowiedzi uzyskałem te same informacje, które mogę przeczytać w ulotkach i w internecie nie dowiadując się niczego nowego.

Jaki wniosek?
Zakładam kablówkę.

3 lutego 2009

Wspomnienia lubuskiej wsi

Obiecałem, że pokażę trochę zdjęć z lubuskiej wsi. Pogrzebałem trochę w tegorocznym archiwum i wybrałem lepsze i gorsze ujęcia oddające nieco klimat zarówno wsi, jak i pobliskiego Zbąszynia, o którym już kiedyś pojawiła się notka. Wieś natomiast jest siedzibą zaprzyjaźnionej Fundacji prowadzonej przez niezwykłych ludzi.



Zimą jest cudnie, ale latem też niesamowicie. Wrażenie robi samo położenie fundacyjnego domu - sam środek pól, gdzie nawet GPS gubi drogę w odległości kilku kilometrów od miejsca przeznaczenia. Najbliżsi sąsiedzi? Widać ich... na horyzoncie.




Dom fundacji jest prawdziwym domem. Pomyślcie sobie tylko, że ten stół trzy razy dziennie jest zastawiany talerzami od brzegu do brzegu.
Przenieśmy się na chwilę do Zbąszynia. Miasteczko liczy trochę ponad 7 tys. mieszkańców a jego centrum stanowi mały ryneczek. Wikipedia podaje, że prawa miejskie otrzymał przed 1311 rokiem. Najciekawsza w Zbąszyniu jest muzyka. Otóż miejscowość leży w tak zwanym Regionie Kozła, który jest obszarem występowania specyficznego instrumentu ludowego - kozła, zbliżonym nieco do dud. Do dzisiaj w lokalnej szkole muzycznej można nauczyć się gry na tym nietypowym instrumencie, co też czyni syn moich gospodarzy.



Idąc dalej zbliżamy się w stronę dworca, którego potężny gmach wyrasta między poniemieckimi kamienicami. Jeszcze tylko trochę moich ulubionych zaułków i detali...



...i dworzec staje przed nami w całej swej dosłownej okazałości. Właśnie tutaj mieści się sklep pozwalający utrzymać Fundację. Gdyby ktoś nie wiedział na co przeznaczyć 1% podatku to służę informacją.

2 lutego 2009

Wiejski fastfood

Życie na wsi ma swoje zalety, jedną z największych jest stały dostęp do naturalnego jedzonka. Gorzej, gdy człowiekowi zachce się fastfooda i akurat pod ręką nie będzie porządnej bułki. Cóż, wyobraźnia nie zna granic. Wystarczą dwa kawałki chleba, majonez i keczup oraz mikrofalówka.


Dajcie znać, jeżeli będziecie chcieli zobaczyć więcej wiejskich widoczków.

30 stycznia 2009

Przedawkowanie...

Kolejny post z cyklu "Kawa jest wśród nas". :)

Następujące zdjęcia są wynikiem wybuchowej mieszanki jaką stanowi odmóżdżająca praca oraz przedawkowanie pewnej używki. Proszę zdjęcia (nie) traktować jako dzieła sztuki. Oraz nie sugerować nimi przy ocenie naszego stanu umysłowego czy też poczytalności. ;)

Zdjęcia by Cannehal.



Ile radości może dostarczyć zwyczajna butelka po wodzie mineralnej. ;) Pomysł by Cannehal, zdjęcia by me, dłoń by Cannehal. Zresztą to widać po solidnych paluchach. :P ;)




Pod kołami pociągu

Huk uderzenia, rozpadający się traktor. Mimo dobrej widoczności kierowca z jakiegoś powodu nie zatrzymał się przed przejazdem i wjechał prosto pod pociąg. Skład zatrzymał się kilkaset metrów dalej





Wczesnym popołudniem, 14 stycznia, około godz. 14.00 pasażerowie pociągu usłyszeli sygnał lokomotywy, a następnie poczuli, że skład gwałtownie hamuje. Z relacji świadków wynika, że po chwili usłyszeli trzask i zobaczyli przez okna oderwane kawałki ciągnika. Pociąg zatrzymał się.
Niestety 54-letni kierowca traktora nie przeżył wypadku. Jego ursus dosłownie rozpadł się na części, szczątki porozrzucane były na odcinku około 200 metrów, czyli odległości, jakiej potrzebował pociąg do całkowitego zatrzymania się.
Wypadku nie przeżył również koń, wieziony na przyczepce do transportu zwierząt. Przejazd był oznakowany znakiem „STOP”, w tym miejscu jest długa prosta, praktycznie nie sposób nie zauważyć nadjeżdżającego pociągu.


23 stycznia 2009

Zapach kawy

Co wita po pierwsze po wejściu do biura? Wcale nie Szef, ani Kolega. Nie chodzi też o klienta mailowego, czy telefon w ważnej - jak zawsze - sprawie.

Najpierw jest przytulny i ciepły korytarz rozkładający na powitanie ramiona z zapachu kawy...

Miłego dnia! Idę szykować latte macchiato. :)

22 stycznia 2009

Niektórzy mają gorzej

Bezdomność jest określana jako problem społeczny. Ma różne źródła i różne skutki. Można być bezdomnym bez dachu nad głową ale można także być bezdomnym niemającym jedynie własnego domu z prawdziwego zdarzenia, jak w przypadku „całorocznych działkowiczów”. Jak w czasie tej srogiej zimy radzą sobie bezdomni?

Tegoroczna zima, w porównaniu do poprzednich kilku lat jest wyjątkowo sroga. Odbija się to nie tylko na problemach z odpalaniem samochodów, czy większym zużyciem energii potrzebnej do ogrzewania mieszkań i domów. Sroga zima szczególnie wdaje się we znaki osobom, które nie mają własnego dachu nad głową. Policja apeluje o zgłaszanie wszystkich zauważonych przypadków, które mogą być potencjalne niebezpieczne dla bezdomnych. Już tej zimy przynajmniej kilka osób zostało uratowanych od zamarznięcia.
W mieście już od wielu lat działa noclegownia, w której schronić się może każdy, kto nie ma gdzie mieszkać. Jak wygląda jej funkcjonowanie w tegorocznej srogiej zimie?
Jest w niej wyraźnie więcej osób, gdyż praktycznie wszystkie miejsca są zajęte cały czas. Gdy policja przywozi kolejną osobę, jedynym warunkiem do przyjęcia jest stan trzeźwości.
Odmienną grupę bezdomnych reprezentują ludzie, którzy za swój dom obrali altankę na działce. Nieraz mieszkają tam wiele lat i dostosowują ją do swoich potrzeb tak, że nawet zima im nie jest straszna. Ludzie ci często nie chcą skorzystać z oferowanej im pomocy. Przecież nikogo nie można zmusić do spania w noclegowni.


Pan Roman pokazuje swój pokój. - Tegoroczna zima jest ostrzejsza niż poprzednie - mówi

Pan Antoni z działki po lewej stronie
Postanowiłem zajrzeć na działki i odszukać kogoś, kto mieszka tam na stałe. Okazało się, że osoby z noclegowni doskonale znają swoje środowisko. Opis dotarcia do pana Antoniego wyglądał mniej więcej tak – Na działkach prosto, główną aleją, później w lewo i po prawej będzie taki dom z drewnianym płotkiem. Dotarcie na miejsce okazało się całkiem proste. Mały domek pana Antoniego nie wyróżnia się niczym spośród otaczających go innych działek. Może tylko tym, że nawet zimą czuć w nim życie, odśnieżone ścieżki, pod ścianą ułożony stosik drewna i wydobywający się z komina dym. Pan Antoni właśnie rąbie drzewo, zaprasza do siebie i opowiada: - Jakoś się tutaj żyje. Rano wstaję, przyniosę drewno, rozpalę w piecu. Później przejdę się do miasta a wieczorem trochę pooglądam telewizję. I czas leci. - Jak długo pan Antoni mieszka na działce? - Osiem lat już tutaj mieszkam. To moja działka i wprowadziłem się krótko po rozwodzie z żoną. - Tegoroczna zima jest bardzo mroźna, w jaki sposób ją przetrwać, gdy nie ma się domu? - Lubię zimę, bo mam większy spokój niż latem, tylko wody nie ma, bo jest zakręcana. Muszę ją nosić od znajomego, albo od córki. Pięć litrów dziennie mi wystarczy. - Pan Antoni ma zadbane mieszkanko, przypominające prawdziwy dom, ciasny, ale własny, na stole stoi chleb, czuć zapach herbaty, tytoniu i zapach żeliwnego pieca, który pamięta jeszcze czasy I Wojny Światowej – Ten piec kupiłem na złomie, jest jeszcze dobry, naprawiłem go i chce obłożyć kafelkami. - Z pieca słuchać trzask palącego się drewna, pachnie ciepłem, herbatą i tytoniem – Niektórzy w mieście mają gorzej – podsumowuje rozmówca odpalając papierosa – poza tym pomaga mi rodzina i była żona. - Niestety działki nie są najbezpieczniejsze - Pięć razy się tutaj ktoś do mnie włamał, odkąd tutaj mieszkam. - żali się właściciel.


Działka pana Antoniego jest zadbana także zimą. Widać, ze właściciel stara się żyć tutaj tak jak w prawdziwym, własnym domu


Wychodząc od pana Antoniego zastanawiam się, czym właściwie jest bezdomność. Z jednej strony mamy jakieś ugruntowane stereotypy bezdomnych żuli, którzy nie potrafią sobie radzić i odrzucają wszelką formę pomocy, z drugiej strony rzeczywistość pokazuje osoby takie jak pan Antoni, który chociaż ma ciężko to potrafi sobie poradzić w tej trudnej sytuacji. Po poznaniu jego historii przestaje dziwić fakt, że woli swoją własną działkę niż publiczną noclegownię.

20 stycznia 2009

Dotyk morskiej soli

Wbrew tytułowi nie będzie to post o wakacjach nad morzem a o... jedzeniu czekolady. Zapewne większość, jak nie wszyscy znacie firmę Lindt, która produkuje jedne z najdroższych czekolad na rynku. Ale czy na pewno najsmaczniejsze? To już rzecz gustu, dla mnie są bezkompromisowo rewelacyjne a smak lindtowskiej czekolady wyczuję nawet w papierku czekolady z Biedronki.
Charakterystyczne dla Lindta jest fantazjowanie na temat smaków. Co rusz na rynku pojawia się jakaś nowa oryginalna czekolada. A to czekolada z chilii, a to czekolada z płatkami pomarańczy. Dzisiaj, na sklepowej półce moje oczy dojrzały bardzo oryginalną nowość w kolekcji smaków Lindta. Pozbierawszy z podłogi moje biedne patrzałki, które z wrażenia pokulały się pod sklepowy regał, wziąłem do ręki tabliczkę w biało-fioletowym papierku i powędrowałem do kasy. Jedyne aż 7,79 kosztuje taka przyjemność. Ale nic to, czego się nie robi dla własnego podniebienia.

Przedstawiam Wam czekoladę Lindt - A Touch of Sea Salt, posmakować musicie sami, gwarantuję jednak niesamowite wrażenie, gdy spośród lekko waniliowej ciemnej czekolady wyłania się smak morskiej soli. Jeżeli jedliście kiedyś słodycze po kąpieli w morzu to wiecie o czym piszę.


Czasami domowy skaner na coś się jak widać przydaje.

Kto rano wstaje...

... ten łapie ciekawe ujęcia w drodze do pracy. :D

(Tło muzyczne: Thievery Corporation - Mandala.)

Dzisiejsze niebo po godzinie siódmej zaparło dech w piersiach. Niestety ucierpiał na tym The Cycu z powodu spaceru skróconego do minimum - takie kolory bardzo szybko mijają...

Wiadukt Wojska Polskiego/Niestachowska. W oddali widoczny bardzo ciekawy kościół parafii pw. Św. Jana Vianney. Nieco bliżej - jedna z kilku wielkich willi znajdujących się w okolicy.


Widok z wiaduktu na Ulicę Niestachowską - jak zwykle zakorkowaną o tej porze.


Gwóźdź programu dzisiejszego poranka. Nie wymaga komentarza. :) Nie było czasu złapać lepszego ujęcia - takie światło było jedynie przez kilkanaście minut...



Uniwesytet Przyrodniczy, dawniej Akademia Rolnicza - czego się nie robi dla prestiżu. ;) Widoczna także na poprzednich zdjęciach.


Co kilka minut okoliczne chodniki atakuje armia studentów wytaczających się ze środków komunikacji miejskiej. Jedni szybciej inni spokojniej zmierzają do głównego gmachu uczelni. Po prawej pomnic Siewcy. Taki jakby Marych II. ;)


Przystanek codzienny.


Z powyższym przystankiem tramwajowym jest związana pewna anegdota. Jakiś czas temu nazywał się "Wołyńska". Nie tak dawno w celu ujednolicenia zmienił nazwę razem z pobliską uczelnią. Chcąc kupić bilet liniowy, trzeba określić przystanek początkowy:

- Poproszę sześć przystanków z Uniwersytetu Przyrodniczego.
- Nie ma takiego przystanku.
- No jak nie ma? Przecież gdy byłem tam przed chwilą jeszcze się tak nazywał.
- No ale ja nie mam takiego w systemie.
- To może Wołyńska?
Bez chwili zawahania:
- Wołyńska jest.

Po co w takim razie był cały cyrk, skoro pani i tak wiedziała o co chodzi?

Po desancie z bimby - Osiedle Polanka. Wybudowane w sporej części przez znanego Poznaniakom developera.


Osiedle posiada zamknięte sekcje. Gdy pierwszy raz chciałem dotrzeć do pracy - wlazłem w jedną z "zagród" i próbując wyjść w końcu musiałem wrócić do punktu wejścia. Zamknięte osiedla budzą nieco kontrowersji. Z jednej strony - to izolowanie się od otoczenia, od miasta i od ludzi. Tworzenie z samych siebie swego rodzaju elity. Z drugiej jednak strony - co by o tym nie mówić - zamknięcie znacznie zwiększa bezpieczeństwo i daje pewne poczucie przytulności. Tym bardziej jeśli takie osiedle jest zaopatrzone we wszelkie niezbędne sklepy. Tak jak w wielu innych przypadkach - coś za coś.